Ha... się działo tego dnia, a może raczej wieczoru. Janusz umówił sie z jakąś swoją koleżanką w jednej knajpce. Ja osobiście jeszcze nie znałem tej dziewczyny, niejaka Ola ;) (Mam nadzieję, że Ola się nie obrazi lecz wtedy była dla mnie zupełnie obcą osobą. Od tamtego czasu wiele się zmieniło i na dzień dzisiejszy współpracujemy czasami ze sobą). Oczywiście fakt tego spotkania stał się doskonałym pretekstem do wieczornego wyjścia całą ekipą.
Wycieczkę rozpoczęliśmy od klubiku Gubao, w którym to doszło do spotkania z Olą i jej Koleżankami. Niestety moja zawodna pamięć nie zarejestrowała ich imion, ale to nie wnosi nic do całości. Po zapoznaniu i wymianie uprzejmości decydujemy się na wycieczkę do czegoś w rodzaju klubu - dyskoteki (nazwy nie pamiętam). Przejechaliśmy taksówkami kawałek miasta i znajdujemy się pod niepozornie wyglądającym z zewnątrz klubiku. Wchodzimy do środka i niepozorny klubik okazuje się 3 pozimowym lokalem w którym bawi się młodzież z całego Nanjing i okolic. DJ z ameryki nadaje bit całemu lokalowi, kelnerzy uwijają się pomiędzy stolikami roznosząc browarki i tace z arbuzami. Zastanawiało mnie to na początku dlaczego oni pijąc alkohol jedzą tego arbuza a nie np: słone orzeszki? Odpowiedź przyszła niemal tak samo szybko jak pytanie. Pijąc alkohol odwadniamy swój organizm dodatkowo wypłukując z organizmu wszelkie minerały. Jedząc arbuza uzupełniamy te ubytki co bynajmniej dla mnie oznaczało brak bólu głowy w dniu następnym :) Chiny czasem pokazywały mi coraz więcej równie praktycznych i logicznych rozwiązań z różnych dziedzin życia.
Zajęliśmy swój stolik i zwyczajowo przystąpiliśmy do konsumpcji dóbr w postaci piwka i arbuza, w doborowym towarzystwie :)
Na pierwszym planie Ola za nią Jola i z boku koleżanka z Ukrainy.
Oczywiście jak to my, białasy za wielkich gór zwracaliśmy na siebie delikatną uwagę. Pozwoliło to nam znaleźć się w centrum uwagi lokalnych "Jo Jo Ziomów", którzy koniecznie chcieli wymienić się fleszami. Efektem tej wymiany jest uwieczniony obraz osobistości hiphopowego światka Nanjing.
Jo Jo Ziomy
Po tym krótkim, aczkolwiek bardo miłym incydencie znów wróciliśmy do swoich zajęć - spożywania ;) Po pewnym czasie jedna urodziwa niewiasta z grupy "Yo Yo Ziomów" podeszła do Joli z drutami i rozpoczętą robótką i zapytała czy Jola umie robić na drutach. Jakaż była jej radość gdy otrzymała poztywną odpowiedź. Dziewczyna od razu korzystając z okazji poprosiła Jolę o mały pokaz i krótki trening.
Nie ma to jak robota na drutach przy dobrym piwku ;)
To właśnie strasznie mnie zafascynowało w mentalności Chińczyków. Ich bezproblemowość, jeżeli mają ochotę zaśpiewać w windzie to po prostu zaczną sobie śpiewać na głos jakąś usłyszaną melodię a jeżeli najdzie ich ochota na robienie na drutach w środku knajpy podczas koncertu jakiegoś DJ-a ze stanów to po prostu to zrobią i nikt się nie będzie temu dziwił, nikt nie będzie tego komentował czy patrzył spod byka. To jest u nich tak naturalne jak u nas polaków nasz klasyczny Polski Wkurw.
Nie chciałem przeszkadzać dziewczyną i poszedłem na mały rekonesans po knajpie. Bardzo mi się tam podobało, mogłem robić zdjęcia normalnie przykładając aparat do oka i nikt mi nie zasłaniał ;) Stojąc z tyłu spokojnie mogłem obserwować DJ-a nie niepokojony niczyją głową na linii scena -> moje oko :D
Widok z góry ;)
W pewnym momencie postanowiliśmy zmienić lokal na inny, podczas drogi Adam próbował mi wytłumaczyć zasady lokalnego tańca, ale chyba byłem za bardzo spięty ;)
Taniec z Adamem :)
W nowym lokalu zabawa trwała jeszcze dobrych kilka chwil. Pot, łzy i juany lały się z nas jak woda. Ale humory coraz bardziej szampańskie pozwalały zapomnieć o niedogodnościach, o fakcie pracy od rana do nocy przez 7 dni w tygodniu. Na koniec odbyły sie jeszcze krótkie zawody kto komu zrobi pierwszy zdjęcie i wszyscy wygłodniali uderzyli na wózki z pysznymi pierogami :)