Sobota, 04 wrzesień 2010r.
Menu witryny
Start
- - - - - - -
Wszystko o ChRL.
Podróże
Dodatki
Abasady & Konsulaty
Wiadomości
Łap okazję
Ulubione
- - - - - - -
Wiadomości z Chin
Katalog stron
O autorach
Licznik odwiedzin
Jesteś 110210 odwiedającym.
Start arrow Podróże arrow Za oknem arrow Dzień pierwszy
 
Dzień pierwszy Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
 

Napisany przez Juliusz, z 06-08-2009 12:04

Nanjing nocą - pierwszy raz21,22-11-2006  

Dużo się działo podczas tego dnia, może dlatego zapamiętałem aż tak wiele szczegółów. Ale cofnijmy się klika dni wstecz.

W naszym biurze w Chinach w sieci komputerowej zaczynają dziać się dziwne historie. Trzeba coś z tym zrobić. Pada pomysł by przygotować jeden serwer w Polsce, dobrze go pozabezpieczać i wysłać do Chin. Mamy tylko jeden problem, kto się tam na miejscu zajmie wdrożeniem wszystkich usług które ten serwer będzie oferował. Niestety nikt taki się nie znalazł i wtedy to pada decyzja, że pojedzie mój kolega, który jest administratorem naszej sieci. I znów klapa, w tym samym czasie zaplanowana jest przeprowadzka firmy do nowej lokalizacji. Ktoś musi się zająć całą nową infrastrukturą, w związku z czym administrator sieci musi zostać na miejscu. I tak od problemu do problemu któregoś ranka dowiedziałem się, że jadę do Chin. Pierwsze co pomyślałem ... (o k.......) , gdzie ja biedny żuczek ze znajomością angielskiego na poziomie znaczku WC na drzwiach toalety sam w taki wielki świat. Mało tego do Chin, co ja tam będę jadł jak tam same szczury i robaki jedzą, a jak zachoruje jakie leki zabrać co by zabezpieczyć się na wszelką ewentualność. No i tak pełen niepewności czekałem dnia wyjazdu.

No i w końcu wtorek 21-11-2006. Bagaż przygotowany, jako mój bagaż główny jedzie serwer - 23 kg, jako podręczny mam całą resztę - 10 kg. Upchałem jeszcze co się da do torby z laptopa (bo podobno jej nie ważą) i modle się co by pogoda dopisała bo nie będę miał się w co ubrać. Całe szczęście okazało się, że leci ze mną Adam. Upycham mu co się da do jego torby (0,7 wyborowej, kiełbasa krakowska, bochenek chleba) nie wiadomo jak tam będzie a z tymi akcesoriami Polak nie zginie ;)

Odprawę mamy co prawda od 16:30 a wylot dopiero po 18:00 ale jedziemy na lotnisko już o 15:00 w razie jak by były jakieś problemy z serwerem. Zawozi nas Dominik (kolega z działu produkcji). Plan jest taki, że jak taki bagaż nie przejdzie to nadajemy go przez cargo, ale słysząc jak się panowie tam obchodzą z bagażem jest to dość duże ryzyko.

No i nic się nie stało, odprawa jak po maśle, trwała może 10 min. a my już za bramkami. Co teraz robić? Idziemy do kawiarni. No i tak czas jakoś minął od browarku do browarku wsadzili nas na pokład. Za 1,5 h szybka przesiadka w Monachium i fru do Szanghaju.

Lot to była masakra. Miejsca w środku środka. Po lewej jakiś chińczyk ciągle coś do siebie podśpiewuje, jakiś dziwny myślę. (Później się jednak okazało że to jest zupełnie normalne zachowanie w ich kulturze. Ach człowiek jednak jest ograniczony do świata w którym przyszło mu żyć.) Po prawej Adam, do przedniego fotela jakieś 40 cm ja mam kolana na uszach, do tego przed nami jakaś para z małym dzieckiem które zaczęło płakać po starcie i przestało zaraz po upływie 6 godzin. Szybko znieczuliliśmy się dżinem i tak po 12 godzinach wylądowaliśmy w 上海浦东国际机场 - Shànghǎi Pǔdōng Guójì Jīcháng tu na nas czekał już kierowca. Wybaczcie chyba się przedstawił ale nie pamiętam jak miał na imię. W każdym razie pierwszy szok na lotnisku. Odprawa po odprawie, żółta karteczka, zielona karteczka, czerwona karteczka, na każdej podpisujesz a to ze nie masz żadnej choroby z ptasią grypą włącznie, a to że nie masz za dużo pieniążków przy sobie i jeszcze wiele innych podobnych pytań. Karteczki oddawałem na oddzielnej bramce przeznaczonej tylko do zbierania karteczki jednego koloru. Tu siedział pan w mundurze (chyba wojskowym) i brał karteczkę odkładając ją na odpowiednią kupkę, żadnej elektronicznej ewidencji, potwierdzenia zgodności podpisu, czy sprawdzenia poprawności wypełnienia ankiety, nieprawdopodobna wręcz fikcja biurokracyjna. Dopiero po godzinie przedzierania się przez te wszystkie stanowiska docieram do okienka paszportowego gdzie ten sam pan w mundurze (taki mi się wydawało na początku, każdy Azjata wyglądał dla mnie tak samo) sprawdził wizę, zdjęcie, klepnął pieczątkę, coś powiedział i w końcu zostałem oficjalnie wpuszczony do Chin. Jak już wcześniej powiedziałem czekał na nas nasz kierowca, Adam już go znał więc nie było najmniejszego problemu z odszukaniem się w naprawdę dużym tłumie.
Spakowaliśmy torby do wana i w drogę do Nankin (chiń. 南京, pinyin: Nánjīng). Nie wiem w którym momencie Adam zdążył jeszcze kupić gdzieś 2 małe piwka na drogę. Toż to przed nami jeszcze 4,5 godziny drogi.

No nic wyruszyliśmy i pierwsze spostrzeżenie W TYM KRAJU NIE MA ZASAD RUCHU DROGOWEGO !!! O w mordę! Jazda na długich z klaksonem podtrzymanym zapałką co by nie przestał czasami trąbić, na awaryjnych bądź całkiem bez świateł po zmroku, po prostu jedziesz jak ci pasuje. Zmiana pasów odbywała się (nie tak jak u nas po uprzednim zasygnalizowaniu kierunkowskazem zamiaru zmiany pasu ruchu) po wciśnięciu klaksonu, włączeniu długich, i ostrym skręcie kierownicy w tym samym czasie. Po prostu jazda bez trzymanki. Ale z drugiej strony widziałem tylko jeden niegroźny wypadek, co przy ich stylu jazdy jest nieprawdopodobne. Ale wróćmy do trasy. Shànghǎi minęliśmy bokiem więc nie miałem możliwości podziwiania tego miasta, chociaż i tak ich infrastruktura drogowa zrobiła na mnie dość duże wrażenie. Wielkie estakady i te autostrady po 4, 5 albo i więcej pasów ech a w Polsce 500 metrów przez rok już się udało dwupasmówki zrobić. Wierzcie albo nie ale na trasie z Shànghǎi do Nánjīng nie było innej drogi. 350 KM minimum 3 pasmowej autostrady.

W każdym bądź razie pierwsza wesoła sytuacja zdarzyła się na jednej ze stacji paliw. Jak to po piwie pęcherz zaczął się domagać swoich praw. Nie wyobrażałem sobie lepszej sytuacji na rozwiązanie tego problemu jak mały wypad na stacji paliw do pomieszczenia które w większości krajów umożliwia bezproblemowe załatwienie takiej sprawy. W większości krajów to nie znaczy w Chinach, tu do problemu intymności i higieny osobistej ma się troszeczkę odmienne podejście. Wchodzę więc do WC a tu (liczby nie są przesadzone liczyłem kilkakrotnie bo myślałem, że to mnie odpręży i pozwoli zrobić to co miałem tam zrobić) 12 gości w różnym wieku, czterech klęczy nad dziurami w podłodze, bez kabin czy przepierzeń po prostu cztery dziury i czterech kucających gości z gaciami na kostkach, gazetami w rękach i papierosami w ustach, pięciu przy rynnie na ścianie trzymając w jednej ręce swoje interesy a w drogiej zapalone papierosy, jeden przy zlewie chyba mył ręce ale nie wiedziałem dokładnie za chmury dymu papierosowego który wydobywał się z okolic jego głowy i ostatnich dwóch opartych o jakiś stół czy ladę też z papierosami w zębach, prowadzących ożywioną dyskusję z pozostałymi. Podchodzę do rynny przymierzam się do spełnienia obowiązku wobec mocno już nadwyrężonego pęcherza i .... cisza, zupełna cisza, czuje 12 par oczu wbitych w moje plecy. Wszystkie rozmowy zamilkły. W powietrzu dało się wyczuć napiętą atmosferę oczekiwania. Mówię sobie, że to nic dam radę i .... nie dałem, nawet nie wiedziałem, że człowiek potrafi tyle wytrzymać bez sikania. Do samego końca podróż ani razu nie wspomniałem, że mam ochotę skorzystać. Wierzcie mi wolałem nie ryzykować ponownej konfrontacji.

Po 25 godzinach podróży (łącznie) docieramy do Nánjīng. Kierowca zabiera nas do biura. Tu szybka prezentacja całej załogi i do domu dojechaliśmy już taksówką. Też ciekawe przeżycie ale o tym opowiem przy okazji innych historii.

Mieszkamy na strzeżonym osiedlu, tu raczej wszyscy obcokrajowcy tak mieszkają. Nie dla tego że jest niebezpiecznie, po prostu tak jest i już. Na bramie znów żołnierz w pełnym mundurze, normalnie jak rosyjski oficer, czapka z rondem większym od chińskiego muru, płaszcz, spodnie z lampasami, tylko broni mu brakowało (co się okazało później u nich w agencjach ochrony, zwykli ochroniarze mają uniformy jak regularna armia, taka moda i już). Ochroniarz wpuszcza nas z pełnymi honorami salut przytup i te sprawy. Super. Idziemy do naszego mieszkania i tu niespodzianka. Nikogo nie ma w domu, hym... miał czekać na nas Szymon ale chyba sobie zapomniał. W każdym razie przypomniałem sobie o aparacie, w końcu przecież mogłem zrobić pierwsze zdjęcia Nánjīng nocą.

Koniec końców po telefonicznym anonsie po 12zł za minutę zjawia się Szymon, później dojeżdża jeszcze Janusz i Jola i lądujemy w domu. W końcu normalny kibelek i nawet niezłe mieszkanko. Tu sprawa potoczyła się jak to w polskich rodzinach bywa gdy się spotykają po latach (bo wierzcie mi tak się czułem pomimo, że teoretycznie prawie nie znałem tych ludzi) pękła moja wyborowa, potem jeszcze czyjaś. Następnie "tubylcy" zaprosili nas na kolację do pobliskiego straganu ze skrzydełkami z kurczaka pieczonymi na grillu (mniam). Zjedliśmy i poszliśmy spać po ponad 30 godzinach od rozpoczęcia podróży.

Kilka zdjęć do tego wpisu.

Ostatnie uaktualnienie : 01-11-2009 13:19

   
Cytat artykułu na stronie
Ulubione

Komentarze użytkowników  
 

Średnia ocena użytkownika

   (0 głos)

 

Pokaż 1 z 1 komentarzy

Sprostowanie

Napisany przez: Szymon () z 12-10-2007 17:51

Sprostowanie

Napisany przez: Szymon z 12-10-2007 17:51

O przepraszam, o nikim i niczym nie zapomniałem. Na nikogo nie miałem czekać. Zostaliście bowiem wyposażeni w klucz, a że ktoś wręczył wam klucz nieodpowiedni to już nie moja wina ;]

 

» Poinformuj administratora o tym komentarzu

» Odpowiedz na komentarz...

» Zobacz wszystkie 1 odpowiedzi

Pokaż 1 z 1 komentarzy



Dodaj swój komentarz
Nazwa
E-mail
Tytuł  
 
Komentarz
 
Dozwolone liczba znaków: 600
   Zawiadom mnie o nadchodzących komentarzach
  This image contains a scrambled text, it is using a combination of colors, font size, background, angle in order to disallow computer to automate reading. You will have to reproduce it to post on my homepage
Enter what you see:

   
   



mXcomment 1.0.7.::.Polish Version - JoomlaPL.com Team © 2007-2010 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
następny artykuł »
Chiny Naszym okiem. © 2010 by Julas.
Powered by Joomla!. Template: TheNut