No tak, to było do przewidzenia. W poniedziałek dzień zakończył się w dzielnicy rozrywkowej 1912. Dzielnica 1912 budzi się do życia po 22, praktycznie każdego dnia. Jest to historyczna dzielnica miasta, która znajduje się przy pałacu prezydenckim, na którego zwiedzanie (wstyd się przyznać) brakło nam czasu. Znajduje się tu 17 dobrze zachowanych, bądź dobrze odrestaurowanych budynków z tego okresu. A w całą tą historyczną otoczkę, zostały wplecione knajpki puby i restauracje. Dyskoteki i kluby nocne. Amerykańskie „sieciówki” i japońskie jadłodajnie, a na deser, wszelkiej maści salony piękności. W każdym razie dzielnica 1912 w Nanjing jest tym samym, co Xin Tian Di w Szanghaju.
Obchód rozpoczęliśmy od knajpy Blue Marlin, która słynie z grających na żywo Filipińczyków. Filipińczycy byli rewelacyjni, grali i śpiewali wszystko co tylko sobie zażyczyliśmy, na koniec w ogólnym pozytywnym nastroju poprosiliśmy o kawałek „Chłopaki nie płaczą” a oni nam zagrali „Boys dont cry” tylko że „The Cure” ;) Posiedzieliśmy posłuchaliśmy i stwierdziliśmy, że teraz chcemy iść do chińskiej knajpy. I to był błąd, najpierw wylądowaliśmy w jakiejś knajpie, w której byliśmy jedynymi białymi za moment siedział z nami jakiś wielce szanowany i ceniony (jak się później okazało) lokalny muzyk, menadżer lokalu zaczął stawiać nam alkohol później właściciel knajpy zaprosił swoje nowe maskotki do innej knajpy i tam znów jakiś koniak z najwyższej półki i później kolejna knajpa i kolejna i kolejna i w pewnym momencie była piąta rano. Wieczór zakończył się w KFC po 5:30 rano. Wróciliśmy do domu ok. 6:30, wykąpaliśmy się, przepakowaliśmy do plecaka i w ostatnim momencie ruszyliśmy na pociąg do Wuxi, który odjeżdżał o 9 rano.
Po godzinnej drzemce (tyle trwa podróż z Nanjing do Wuxi) wysiedliśmy na dworcu kolejowym w Wuxi.
Wuxi (无锡市, wymawiane jako "wu-XI-shi") - 4,5 milionowe miasto we wschodnich Chinach, w prowincji Jiangsu, w pobliżu jeziora Tai Hu o historii sięgającej 3000 lat wstecz. Miasto początkowo nazywało się Youxi, co dosłownie znaczy tam jest cyna. Rezerwy surowca cyna wyczerpały się w epoce Han i od tamtej pory miasto nosi nazwę Wuxi, co dosłownie znaczy tam nie ma cyny.
Pierwszą czynnością jaką wykonaliśmy zaraz po przyjeździe to była wyprawa na kawę do najbliższego fast food'a. Musieliśmy się jakoś wzmocnić bo właśnie minęło 24h od ostatniej nocy spędzonej na czynności związanej ze snem;) Ech te 1912. Jeszcze wielokrotnie tego dnia będziemy szczerze żałować wieczornej eskapady ;) Po wzmocnieniu się kawą, wróciliśmy do głównego holu dworca kolejowego, ponieważ widzieliśmy tam kobiety, które sprzedawały mapy turystyczne. Zakupiliśmy jedną i przedzierając się przez naganiaczy na okazyjne wycieczki, złapaliśmy pierwszą wolną taksówkę. Na okładce mapy było zdjęcie Wielkiego Buddy, pokazałem więc taksówkarzowi palcem na zdjęcie, on kiwną głową, potwierdził po chińsku, że wie gdzie to jest i ruszyliśmy.
Wielki budda znajduje się kawał drogi od miasta, jechaliśmy taksówką dobre 40 minut i zapłaciliśmy 100RMB, co jak na chińskie warunki wymownie świadczy o odległości (jakieś 40 km). Dojechaliśmy na miejsce i stanęliśmy u wrót „Lingshan Buddhist Scenic Site”.
Mapa kompleksu.
„Lingshan Buddhist Scenic Site” (líng shān shèng jìng 灵山胜境) jest tematycznym buddyjskim kompleksem turystycznym, ulokowanym nieopodal Wuxi. Jako atrakcja turystyczna, Lingshan stanowi bardzo ważne miejsce na turystycznej mapie Wschodnich Chin. Malowniczo położone, Lingshan znane jest na całym świecie, chociaż w Polsce nigdy o nim nie słyszałem. Każdego roku miejsce to odwiedza „według oficjalnych informacji” ok. 2 000 000 turystów. Muszę jednak stwierdzić, że tego jednego dnia było ich z pewnością kilka jak nie kilkanaście tysięcy.
Budowę Lingshan rozpoczęto w 1994 roku. W skład kompleksu wchodzi Wielki Budda (Shan líng dà fo 灵山 大佛 ), który jest największym na świecie miedzianym posągiem Buddy (88 metrów wysokości), fontanna Dziewięciu Smoków w której rodzi się Budda (jiǔ lóng guàn yù 九龙灌浴) oraz szereg malowniczych miejsc o tematyce buddyjskiej.
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od odstania swojego w kolejce po bilety, 150 RMB za osobę, ale co tam po to właśnie przyjechaliśmy. Po wejściu okazało się, że tego dnia byliśmy chyba jedynymi nie chińczykami, co budziło nie lada sensację. Zaopatrzyliśmy się w wodę, ponieważ temperatura dawno przekroczyła już 20 stopni Celcjusza i ruszyliśmy przed siebie. Minęliśmy po drodze szereg atrakcji, miedzy innymi Wrota Pancajnana (wǔ zhì mén 五智门) których znaczenia nie pamiętam oraz odcisk stóp Buddy.
Budda stał w tym miejscu z pewnością spoglądając na górę Lingshan.
Na horyzoncie, pojawił się Wielki Budda i od tej pory śledził nasze kroki swoim czujnym wzrokiem.
Gdzieś daleko na horyzoncie widać już posąg.
Po pewnym czasie, dotarliśmy do fontanny Dziewięciu Smoków, był to jeden z celów dzisiejszej wycieczki ponieważ godzinach 10: 00, 11:30, 14:30 oraz 16:30 odbywa się tu spektakl podczas którego w strumieniach wody lejących się z paszczy dziewięciu smoków rodzi się Budda wychodząc z kwiatu lotosu na szczycie fontanny. Cały spektakl odbywa się w muzycznej oprawie trąb Tybetańskich. Oczywiście, że jest to komercja, ale miła w odbiorze, a przecież o to chodzi by gromadzić pozytywne wspomnienia.
Budda skąpany w strumieniach wody wydobywających się z paszczy dziewięciu smoków.
Odpoczęliśmy chwilkę w orzeźwiającej bryzie pochodzącej z fontanny, poobserwowaliśmy innych zwiedzających robiąc im kilka zdjęć i ruszyliśmy dalej.
Zwiedzający.
Zwiedzający.
Starsza Pani, która w tym momencie sprawnością biła nas na głowę.
Niedaleko fontanny znajduje się piękna ściana z brązu na która stanowi pewnego rodzaju ołtarz.
Płaskorzeźba z brązu.
Dalej przeszliśmy obok dłoni buddy, która dla Buddystów stanowi z pewnością ważną relikwię podobnie zresztą jak śmiejący się Budda odpoczywający obok. Brąz w miejscach w których jest dotykany przez zwiedzających wytarty jest wręcz do białości.
Dłoń Buddy.
Dłoń Buddy.
Uśmiechnięty Budda.
Uśmiechnięty Budda.
W końcu po ok. 3 godzinach marszu dotarliśmy do stóp wielkiego Buddy, pozostało tylko kilka stopni ;)
Już prawie u celu, pozostało tylko kilka schodków.
Wdrapaliśmy się na górę ostatkiem sił, ale okazało się, że wejście znajduje się piętro niżej przez galerię handlową z pamiątkami niezwykłej mocy, a my staliśmy właśnie przed wyjściem które znajdowało się od, nazwijmy to ,d… strony ;) Nasze zmęczenie obudziło w nas bestie i weszliśmy wyjściem, a to tak dla odmiany. W każdym razie chwilę później staliśmy już u stóp wielkiego buddy.
Udało się, jesteśmy u stóp wielkiego Buddy.
Spojrzenie na Buddę.
Z góry mogliśmy podziwiać panoramę całego kompleksu.
Kompleks "Lingshan Buddhist Scenic Site" w całej okazałości.
Po zejściu na dół zrezygnowaliśmy już z powrotnej drogi na piechotę, mijała 30 godzina na nogach i powrót meleksem okazał się zbawienny. Po drodze zobaczyliśmy jeszcze wiele ciekawych obiektów, które z pewnością były warte odwiedzenia, ale już nie dzisiaj. Byliśmy już poważnie zmęczeni, a czekała nas jeszcze podróż do Suzhou, ponieważ tam zarezerwowaliśmy sobie hotel na dzisiejszą noc.
Wróciliśmy więc do Wuxi robiąc po drodze kilka zdjęć miasta.
Przedmieścia Wuxi.
Centrum miasta.
Dotarliśmy na stację i okazało się, że nie kupimy biletu na pociąg, którym planowaliśmy dojechać do Suzhou, ponieważ… nie ma już miejsc, to nie PKP, że bilety sprzedaje się póki pociąg nie odjedzie, tutaj bilety są sprzedawane adekwatnie do ilości wolnych miejsc w pociągu. Niestety pokrzyżowało nam to troszkę plany, ale zarazem dało pierwszą, poważną lekcję podczas tego wyjazdu. Od tej pory bilety w dalszą drogę kupowaliśmy zaraz po przybyciu do danego miasta.
W Suzhou byliśmy po 17:00, zjedliśmy coś w hotelowej restauracji i po godzinie 19:00, jak łatwo się można domyśleć spaliśmy jak małe dzieci ;)