Sobota, 04 wrzesień 2010r.
Menu witryny
Start
- - - - - - -
Wszystko o ChRL.
Podróże
Dodatki
Abasady & Konsulaty
Wiadomości
Łap okazję
Ulubione
- - - - - - -
Wiadomości z Chin
Katalog stron
O autorach
Licznik odwiedzin
Jesteś 110213 odwiedającym.
Start arrow Podróże arrow Jiangsu arrow 15-10-2009
 
15-10-2009 Utwórz PDF Drukuj Poleć znajomemu
 

Napisany przez Juliusz, z 09-11-2009 20:21

 Rozpoczął się drugi dzień Naszej podróży. Minęła właśnie pierwsza noc. Cóż mogę powiedzieć o pierwszej nocy spędzonej w Nanjing podczas tego pobytu ? Było dość ciekawie Uśmiech Mieszkamy w mieszkaniu naprzeciwko nocnego klubu. Takiej troszkę większej dyskoteki z pokojami karaoke.  Gdzieś ok godziny 1-szej w nocy, obudził mnie hałas dobiegający za okna. Krzyki, wrzaski (z pewnością jakieś ostre przekleństwa). Zerwałem się na równe nogi i wyglądając przez okno próbowałem zlokalizować źródło hałasu, nie miałem z tym problemu bo przed wymienionym wcześniej lokalem rozgrywały się prawdziwie wojownicze sceny.

Przez chwilę miałem wrażenie, że oglądam gangsterski film lat 80-tych prosto z Hong Kongu. Mianowicie kilku panów wyjaśniało kilku innym panom różnicę poglądów, a robili to oczywiście we wschodnim stylu wiec miałem widowisko i karate i boksu i kung-fu. Ostatecznie jeden z bardziej krewkich kawalerów został spacyfikowany jakimś tajemniczym ciosem drżącej pięści innego kawalera i poległ niepomny na środku ulicy. Stwierdziliśmy z Magdą że klimaty dyskotekowe są bardzo podobne jak u nas w Polsce, z tym, że tutaj chłopcy mają lepsze style walki i nasze klasyczne z basi jest tu głęboko pase Mrugnięcie Ale wracając do nieprzytomnego pana na środku ulicy. Nie został pozostawiony samemu sobie. Grupa która dała mu właśnie porządnego łupnia, przeniosła jego zwłoki z ulicy na chodnik by nic po nim nie przejechało. Pełny szacun. Generalnie to wystarczyło, problem najprawdopodobniej został rozwiązany bo cała grupa (pomijając jedne zwłoki na chodniku) weszła z powrotem do lokalu. Ok. myślę można iść spać. Już prawie odpłynąłem w krainę nieograniczonych marzeń a tu znów jakieś hałasy. Wyglądam przez okno a tu grupa gorących dziewcząt szarpie się za włosy i stosuje, kopnięcia, dźwignie i takie tam na swoich przeciwniczkach przed tym samym lokalem. Tak to była 2-ga w nocy. Poprzednich zwłok na chodniku już nie było, zostały pewnie uprzątnięte Uśmiech Wracając, panie się pobiły pokrzyczały i schowały w lokalu. Już myślałem, że nastąpił koniec nocnych przygód, a tu sąsiad z sąsiadką z mieszkania obok zaczęli sobie tłumaczyć jakieś aspekty robiąc przy tym masę wrzasków i krzyków. Oczywiście temu wszystkiemu towarzyszyła kakofonia dźwięków ulicy, samochody, klaksony i wszelkiego rodzaju odgłosy urządzeń mechanicznych. W każdym bądź razie jakoś w końcu udało mi się zasnąć. Magdzie te przygody nie zdołały przerwać głębokiego stanu zen w jakim przebywała już od ładnych paru godzin.

 
Zdjęcie lokalu, którego goście nie planowali ułatwić nam nocnego odpoczynku.


Pobudka!

Godzina 7:30. Dzień wcześniej zrobiliśmy małe zakupy i zaopatrzyliśmy mieszkanko w kawę i mleko Uśmiech Więc dzień rozpoczęliśmy od kawki do łóżeczka.

 
Ummmmmm :)

Po tych i innych porannych zabiegach, ja jako przedstawiciel płci męskiej, wiedziony pierwotnymi instynktami,  udałem cię na polowanie i złowienie czegoś na śniadanie.  I to jest właśnie dobra kwestia, co jedzą Chińczycy na śniadanie? Jeżeli ktoś myśli, że poszedłem kupić chleb, bułki, mleko i jakąś wędlinę, to się grubo myli. Ostatnio czytałem bardzo ciekawą książkę Joanny Bator „Japoński wachlarz”, w którym autorka opisywała swój pobyt w Japonii. Między innymi Pani Bator opisywała jak zdobywała pożywienie nie znając języka japońskiego. Polegało to na tym, że wychodząc na miasto, Joanna wybierała z tłumu jedną osobę i zaczynała ją śledzić. Wchodziła za nią do różnych miejsc i kupowała to samo jedzenie, co nieświadoma ofiara Uśmiech Z różnym skutkiem ale generalnie tak poznawała lokalne zwyczaje kulinarne (i nie tylko). Przyjąłem taką samą taktykę. Pierwszą rzeczą jaką zobaczyłem po wyjściu z domu, była budka z pewnego rodzaju pierogami. Danie bardzo podobne do naszych bułek na parze. Miały one różne nadzienia mięsne i warzywne. A nazywały się Xiaolongbao. Niestety nie byłem jeszcze gotowy na takie eksperymenty. Wszedłem do znajdującego się obok sklepiku (coś w stylu naszej Żabki). Niestety nie znalazłem nic co by nadawało się do zjedzenia w rozumianym przez europejczyka znaczeniu tego słowa. Więc ruszyłem dalej, obrałem sobie na cel jednego Pana który kupił właśnie Xiaolongbao ze stoiska obok i wyraźnie szukał jeszcze jakiegoś frykasiku. Pan ten, zaprowadził mnie (nieświadomie) do lokalnej piekarni, cukiernio piekarni, w każdym bądź razie mieli tutaj duży wybór wypieków najróżniejszego sortu. Patrzyłem co kupuje moja ofiara i brałem to samo. Czyli była tam między innymi zapiekanka w stylu naszego pieczywa czosnkowego, taką długą bułkę (bagietka w miniaturze) tylko że niezwykle miękką w dotyku i delikatną w fakturze i na koniec coś w stylu takiej babeczki czy też chlebka razowego. W każdym bądź razie zakupy kosztowały jakieś 15 RMB (7,50 PLN). Wracając stwierdziłem, że zaryzykuje i kupie sobie bułeczki na parze. Podszedłem do stoiska i udało mi się kupić 4 bułeczki z mięsnym nadzieniem. Po powrocie do domu rozpoczęliśmy konsumpcję zdobytego pożywienia. Pierożki/bułeczki były wyśmienite, aczkolwiek bardzo tłuste, zapiekanka smakowała jak pieczywko czosnkowe, miniaturka bagietki okazała się prze obrzydliwie słodka a rzeczony chlebek okazał się ciastem z serem Uśmiech   Zresztą bułeczki były tak tłuste , że wspomnienie o nich jeszcze kilkakrotnie wracało tego ranka niekomfortowym uczuciem na żołądku. Aczkolwiek takie rzeczy jedzą Chińczycy na śniadanie. Większość z tych dań europejczycy uznają za dania obiadowe. Z drugiej strony logicznym jest, że śniadanie powinno być najbardziej energetycznym posiłkiem dnia, przecież rozpoczynamy dzień i musimy pobrać skądś energię. W Chinach wiele spraw jest logicznie ułożone i jeżeli śniadanie ma być energetycznym posiłkiem to z pewnością będzie Mrugnięcie

Zrobiłem sobie drugą kawę i spojrzałem przez okno na miasto. 


Rzut okiem na miasto.

Rozpoczęliśmy z Magdą układanie planu na resztę dnia. Dzisiaj w planach mamy wyprawę nad jezioro Xuanwu, chcemy zobaczyć świątynie Jiming Si, mury miejskie oraz park na jeziorze.  Dla mnie będzie to wycieczka sentymentalna, ponieważ są to pierwsze rzeczy które wdziałem w Chinach w 2006 roku. Dzisiaj zabieram tam Magdę i mam nadzieje że uda Nam się to wszystko zobaczyć.

Magdę boli gardło, ta informacja zdominowała resztę dnia, oboje ciężko przechodzimy aklimatyzację. Ja mam ostry katar, zapylenie miasta jest ogromne, wszędzie smog, nad całym miastem. Ale to jest właśnie cena chińskiego postępu. W każdym razie nic nie jest w stanie pokrzyżować naszych planów. Dojechaliśmy metrem do parku przy stacji Goulu i ruszyliśmy na piechotkę mijając po drodze najwyższy budynek w Nanjing „Nanjing Greenland Financial Complex”.


Nanjing Greenland Financial Complex.

Budynek niepodzielnie góruje nad całym miastem, ma 89 pięter  i 458 metrów wysokości, został ukończony w 2009 roku, i stanowi pewnego rodzaju drogowskaz dla osób nie znających dokładnie miasta, jest jak latarnia morska na tle innych budynków.  Koncept budynku został stworzony na bazie trzech głównych elementów bogatej historii Nanjing: rzeki Jangcy, która przepływa przez miasto, bujnej zieleni przeważającej w krajobrazach ogrodów oraz smoka który stanowi filar ikonografii w chińskiej kulturze. Rdzeń wierzy podtrzymywany jest przez dwie formy blokujące przypominające obraz tańczących chińskich smoków.  W zewnętrznej ścianie wierzy znajduje się kontowy szyb, stworzony z różnorodnych modułów, całość  ma sugerować formę wagi. Pionowe i poziome szwy, odrębnie teksturowane szklane powierzchnie mają być metaforą do czystych wód Jangcy rozdzielonych formą prezentującą wielkiego smoka. Wieża jest w tej chwili z tego co wiem, jedną z najwyższych konstrukcji w Chinach. W nocy oświetlona jest w sposób sugerujący promień latarni morskiej.  I stanowi nowy symbol dla miasta Nanjing.
Informacje znalezione na stronie: http://www.tallestbuildingintheworld.com

Obok budynku jakaś babcia, bez większych trudności ćwiczy Tai Chi, widok ten spowodował że usiedliśmy na chwilowy odpoczynek.


Tai Chi


Chwilka relaksu.


Tak to ja :)

Po krótkim odpoczynku przeszliśmy przez park świecących kamieni (tą nazwę nadaliśmy temu miejscu podczas poprzedniego wyjazdu) i spokojną parkową aleją doszliśmy do świątyni Jiming Si.


W drodze do świątyni.


Po lewej stronie widoczny jest początek muru miejskiego a po prawej świątynia.

Świątynia znajduje się tuż przy murze miejskim, mówiąc dokładnie mur zaczyna się przy świątyni bądź świątynia wybudowana została nieopodal początku muru miejskiego. Ale do muru jeszcze wrócimy. Idąc do wejścia świątyni minęliśmy po drodze niepozorną tabliczkę.


Szanuj zieleń ;)

Założyliśmy, że jest na niej napisane coś w rodzaju „Szanuj zieleń”.  Założenie było słuszne, ale kwestia była nieco bardziej rozbudowana. Po powrocie do Polski, mój przyjaciel Sebastian przetłumaczył mi ten napis i normalnie zwariowałem Śmiech Treść napisu brzmiała mniej więcej: „Z miłością chrońcie kwiecie i zieleń, wszyscy was prosimy”. Tacy właśnie są Chińczycy.

Idąc dalej, doszliśmy do ulicy Jimingsi Lu przy której znajduje się wejście do świątyni.


Ulica Jimingsi.

 Urocze miejsce pełne magicznych zakamarków.


Tajemnicze zakamarki ulicy Jiming.

Ostatecznie udało nam się dojść do wejścia i weszliśmy na teren świątyni.

„Starożytna buddyjska świątynia, prowadzona przez mniszki. Znajduje się we wschodniej części miasta, praktycznie przy samym jeziorze Xuanwu. Wybudowana w 300 roku naszej ery, za panowania dynastii Jin. Swoją pierwszą nazwę Tong Tai otrzymała dopiero 227 lat później – w 527 roku, za panowania dynastii Liang.
Podobnie jak to było z Nankinem, również świątyni zmieniano nazwę w krótkich okresach czasu (biorąc pod uwagę jej wiek). Za panowania dynastii Tang – Jing Ju Si, później Yuan Ji Si. Za panowania dynastii Song – Fa Bao Si... itd. W roku 1387 (20 rok panowania Hongwu, dynastia Ming) została przemianowana na Ji Ming Si. Odrestaurowana została dzięki mnichowi De Min. Później, za panowania dynastii Qing, w wyniku wojny została zniszczona. Na szczęście potem ją odbudowano.
W roku 1973 większość świątyni została zniszczona przez wielki pożar, który wybuchł w mieście. Część z budynków została odbudowana do 1981 roku. W 1984 dwie statuy z brązu (Buddy i Guan Yin, ważące ok. 5 ton) zostały sprowadzone z Tajlandii i od tego czasu są tutaj czczone. W roku 1989 odbudowano wieżę Yao Shi o wysokości 44,8 m. Jest to 7-piętrowa pagoda, z balkonami na każdym piętrze. Balkony otaczają pagodę z każdej strony, więc można wyjść na zewnątrz i zrobić okrążenie i tak co piętro, aż do szczytu.


Posąg Buddy znajdujący się w pagodzie.


Pagoda.

Świątynia jest jednym z najczęściej odwiedzanych obiektów w mieście, zarówno przez turystów jak i mieszkańców Nankinu.”
Fragment tekstu autorstwa Marcina Urbaniaka znaleziony na stronie http://www.nikonklub.pl.

Po wizycie w świątyni, ruszyliśmy dalej z zamiarem wejścia na mur miejski. Wejście na mur znajduje się niedaleko świątyni więc spacer zajął nam parę minut. Niestety przed samymi kasami wyprzedził nas autokar, który przywiózł właśnie wycieczkę dziarskich emerytów. Wierzcie mi chińscy emeryci w większości są o niebo sprawniejsi od naszych nastolatków. Spacer z tą wycieczką wcale by nas nie przerażał, tylko w Chinach mają w zwyczaju wieszać na przewodniku megafon (jak u nas na procesji w Boże Ciało). Przewodnik krzyczy niemiłosiernie w mikrofon z prędkością karabinu maszynowego, megafon chodź mały to wali jak kilkuset watowe głośniki, masakra. Stwierdziliśmy, że poczekamy, aż wycieczka przebiegnie a czas ten poświęcimy na przestudiowanie tablic pamiątkowych znajdujących się przed wejściem na mur.


Oddalająca się wycieczka dziarskich emerytów.

Mur ten jest największym murem miejskim na świecie, a mało kto w Polsce słyszał o jego istnieniu. Zresztą mało kto słyszał o mieście Nanjing ale cóż się dziwić, nie każdy Chińczyk słyszał o Krakowie ;) Historia muru, sięga zamierzchłych czasów.

„W roku 1381 Zhu Yuanzhang ustanowił Nankin stolicą, nadając mu aktualną nazwę. Był władcą, który dbał o swoją stolicę – stworzył największe miasto na świecie tamtego okresu. Dodatkowo w tym czasie (w ciągu 21 lat i za sprawą 200 tys. ludzi) zbudował wokół miasta mur, który do dziś jest największą tego typu konstrukcją na Ziemi. Uważa się, że Nankin był największym miastem w latach 1381-1425 z liczbą ludności rzędu ~500 tys.”
Fragment tekstu autorstwa Marcina Urbaniaka znaleziony na stronie http://www.nikonklub.pl.

Mur został zbudowany z cegieł, na których do dzisiaj widnieje inskrypcja rzemieślnika od którego cegła pochodzi. Inskrypcje są umieszczona na każdej cegle.


Inskrypcje na cegłach muru miejskiego.

Wycieczka na mur rozpoczyna się od przejścia rampą dla koni, wojska i maszyn defensywnych, które tą drogą wprowadzane były na mur.


Rampa służąca jako ścieżka dla koni.

W zamierzchłych czasach zarówno ścieżka dla koni jak również sam mur musiały robić wielkie wrażenie, ponieważ prócz swojej wielkości, budowla była zwieńczona proporcami rozstawionymi parami co 2 metry. Jako stojaki dla owych proporców służyły specjalne kamienie rozmieszczone na murze w równych odstępach.


Podstawa dla chorągwi.

Po przejściu ścieżki weszliśmy do wnętrza muru, w którym znajduje się Małe muzeum, niestety nie dane nam było spokoje zwiedzanie, bo muzeum zostało opanowane znacznie wcześniej przez wspomnianą już grupę dziarskich emerytów, którzy nie przejmując się niczym palili papierosy nad każdą gablotą. Tak na marginesie, palenie stanowi w Chinach nie lada problem. Osoby wrażliwe na tym punkcie a wybierające się do Chin muszą wiedzieć, że chińczycy palą dosłownie wszędzie i przy każdej okazji, taksówka, winda, restauracja, ubikacja, pociąg, poczekalnia na dworcu kolejowym, korytarz hotelowy, muzeum, sklep, itp. Itd. Opuściliśmy więc muzeum przebiegając przez jego pomieszczenia na jednym wdechu i dotarliśmy na mur.  Wielkość tej budowli jest tak naprawdę zauważalna dopiero na szczycie, szerokość autostrady uświadamia ile wojska mogło się znajdować na murze podczas obrony miasta.


Na murze.

Mając chwilkę czasu porobiliśmy kilka zdjęć, między innymi zrobiliśmy zdjęcie szkoły i boiska do koszykówki. Była szkoła i było potrzebne boisko, potrzeba wyższa bo młodzież musi rozwijać się w duchu sportowej rywalizacji. Ani bliskość muru od boiska, ani odległość budynku szkoły od muru nie stanowiły tutaj problemu i boisko zostało zbudowane, czemu w naszym pięknym kraju nie można działać z taką skutecznością?


Boisko przy murze.

Po tym wszystkim udaliśmy się w kierunku parku na jeziorze Xuanwu. Gdzie na wstępie wiedzieliśmy że na rolkach sobie tutaj nie pojeździmy Mrugnięcie


I wszystko jasne ;)

Jezioro Xuanwu znajduje się w północno-wschodniej części Nanjing. Nazwę swoją, jezioro zawdzięcza czarnemu smokowi o nazwie Xuanwu, który rzekomo zamieszkuje wody tego jeziora. Jest jednym z trzech najbardziej znanych jezior w Chinach. Park obejmuje powierzchnię 472 hektarów, w tym 368 ha lustra wody i 103 hektary gruntów.  Na jeziorze znajduje się pięć wysp:  Huan, Ying, Liang, Cui i Ling. Wyspy zostały połączone mostami i groblami, tworząc cudowne miejsce do wypoczynku i relaksu. Będąc tu 3 lata temu błędnie myślałem, że to jest jezioro Mochou. I tak też je opisałem w podróży „Za oknem”. Teraz już wiem, że byłem w błędzie Śmiech Do jeziora Mochou jeszcze nie dotarłem, to następnym razem Mrugnięcie

Wizytę w parku rozpoczęliśmy od wizyty w ptaszarni. Przed wejściem znajdował się pomnik dwóch smoków grających perłą.


Dwa smoki grające perłą.

Co ciekawe, ów pomnik został wykonany nie z kamienia a z wielu gatunków trawy.


Tabliczka informacyjna.

Ptaszarnia znajduje się na jednej z wysepek. Przy wejściu do tej części parku,można było kupić ziarno, dla ptaków, na które zaraz za bramą czekało stado zawsze głodnych gołębi. Chińczycy uwielbiają je karmić, przychodzą tutaj całymi rodzinami.


Chińska rodzinka wśród gołębi.

Gołębie mają tutaj swoją skałę oraz gołębniki, które jak wszystko w Chinach zapewniają odpowiednią liczbę lokali.


Gołębia skała.


Gołębniki.

Na środku wyspy znajduje się obiekt w którym na obłoconym placu pod drucianą siatką trzymane są inne ptaki.


Biedny bociek.


Czapla.


Wkurzone gęsi ;)


Wyliniały paw.


Kormoran.

Tutaj również na wejściu można kupić ptasie smakołyki  i zarobić nimi na przychylność ptasiej gawiedzi. Czy nam się to podobało? Cóż zoo w Katowicach też nam się nie podoba. Najważniejsze, że wszędzie było na bieżąco sprzątane i żeby wejść w ptasią kupkę trzeba było jej najpierw poszukać ;)


Serwis sprzątający.

Idąc dalej doszliśmy do fragmentu parku, który nosi nieformalną nazwę „Parku Róż” ponieważ latem cały ten obszar porośnięty jest przepięknymi różami. Na środku tego skweru znajduje się altana zbudowana wokół miłorzębu japońskiego. Wspaniałe miejsce na odpoczynek.


Miejsce odpoczynku.

W tym miejscu byliśmy świadkami sesji zdjęciowej młodych par. Tutaj jest to całkiem niezły interes. Zdjęcia takie nie są wykonywane w dniu ślubu. Termin robienia zdjęć zależy od pogody i wielu innych czynników ale nie od ślubu. Bus przywozi młode pary, jest fotograf, wizażystka i są stroje ślubne. Młode pary dopasowują na siebie powyższe stroje, jak coś nie pasuje to się spina na plecach agrafką bądź wiąże jakimś sznurkiem, przecież zdjęcia robione są z przodu Mrugnięcie A to że pod suknią są jeansy i zimowe kozaki (temperatura 27 stopni powyżej zera).


I jest zabawa :)

Ponieważ była już godzina 17:30, zakończyliśmy zwiedzanie i udaliśmy się do metra z zamiarem spotkania się na obiedzie z naszymi przyjaciółmi. Przy wyjściu zrobiliśmy kilka zdjęć makiety Nanning oraz parę zdjęć samego miasta.


Makieta starego Nanjing.


Pamiętam jak w 2006 roku budowano te budynki :)


I żegnamy już dzisiejsze słoneczko :)

Na obiad poszliśmy do knajpy Ujurgów, są oni mniejszością etniczną i mają bardzo dobrą kuchnię, wszystko na ostro tak jak lubię Mrugnięcie Nowym daniem które w szczególności mi zasmakowało było tofu na ciepło w ostrym sosie z papryczkami chilli.
 
Dzień zakończyliśmy w bardzo fajnej irlandzkiej knajpie, w której umówiliśmy się na spotkanie z Szymonem. Przygrywał nam do piwka pewien Szkot, i tak nie wiadomo kiedy, wieczór skończył się o piątej rano Mrugnięcie
 
 

Ostatnie uaktualnienie : 14-03-2010 19:20

   
Cytat artykułu na stronie
Ulubione

Komentarze użytkowników  
 

Średnia ocena użytkownika

   (0 głos)

 


Dodaj swój komentarz
Nazwa
E-mail
Tytuł  
 
Komentarz
 
Dozwolone liczba znaków: 600
   Zawiadom mnie o nadchodzących komentarzach
  This image contains a scrambled text, it is using a combination of colors, font size, background, angle in order to disallow computer to automate reading. You will have to reproduce it to post on my homepage
Enter what you see:

   
   

Żaden komentarz nie wystawiony



mXcomment 1.0.7.::.Polish Version - JoomlaPL.com Team © 2007-2010 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Chiny Naszym okiem. © 2010 by Julas.
Powered by Joomla!. Template: TheNut