Jedzenie to dla chińczyków najważniejszy temat pod słońcem, posiadają oni w swojej kuchni tysiące potraw. Właściwie to przebywając w Chinach można codziennie zjeść coś nowego, i z pewnością to coś będzie kolejnym wyjątkowym wyzwaniem dla podniebienia.
Zaraz po przylocie, a właściwie po odebraniu nas z lotniska w Nanjing, Janusz a właściwie jego znajomy Bill zaprosił nas na obiad. Nie powiem że po prawie dwudziestu godzinach na lotniczym wikcie, opcja zjedzenia porządnego posiłku była wielce kusząca. Chłopaki zabrali nas do małej restauracji, niedaleko swojego mieszkanka. Po wejściu uderzył nas zapach tysiąca potraw zmieszany z gęstym dymem papierosowym (wrażliwi musza pamiętać, że w chińskich restauracjach, zakaz palenia to raczej rzadkość). Nie był to dobry znak, ale chłopaki uspokajają. Okazuje się że Bill jest jakąś ważniejszą personą (a może wejście kilkoro białych do lokalu raczej bardziej nastawionego na tubylców) i dostajemy pokój dla VIP-ów. Pod ścianą rozlatujący się klimatyzator, za mną tak jakby niedokończony balkon, który spełniał też rolę składziku jednorazowych naczyń. Myślę sobie ok., jadało się w różnych miejscach i to nawet można by żec ma podwyższony standard. Zamówienie zostało złożone i na stół wpłynęły dania, wszystko oczywiście wyśmienite ale jedno danie było nadzwyczaj delikatne i smaczne. Żaby. I to nie jakieś tam francuskie żabie udka. Normalne żaby przekrojone na cztery, wypatroszone, przyprawione i podane w wyśmienitym bulionie. Moja pierwsza reakcja była taka, że nałożyłem sobie kawałek żabki i po prostu zjadłem. W ustach poczułem smak jakby udka z kurczaka, soczystego dobrze przyrządzonego tylko że smak ten był o wiele delikatniejszy, tak jakby porównać że udko z kurczaka jest w smaku jak aksamit to żabka smakuje jak jedwab. Nie spodziewałem się takiego smaku, absolutnie.
Ktoś tutaj zjadł żabkę ;)
Innym razem Janusz zabrał nas na późną kolację do innego lokalnego przybytku rozkoszy podniebienia. W sumie podczas całego pobytu mieliśmy prostą zasadę jadamy tam, gdzie jedzą chińczycy. I to był właśnie tego typu lokalik, zamówiliśmy sobie jedzonko i między innymi daniami kelner przyniósł danie z kurczaka, przyrządzonego z orzeszkami ziemnymi i papryczką chili. Danie to stało się symbolem naszego wyjazdu. Podobną potrawę można zjeść w Warszawie w restauracji Wook ale do oryginału brakuje jej wyraźnej ostrości.
Pewnego dnia Joy zaprosiła Nas na kolację do naprawdę wykwintnego lokalu. To już było bardzo ekskluzywne miejsce. W Chinach zaproszenie kogoś do dobrego lokalu na posiłek świadczy o szacunku i jakim zapraszający darzy zapraszanego, muszę zaznaczyć, że w żadnym wypadku nie było to spotkanie businessowe. Restauracja zlokalizowana była praktycznie w centrum miasta, urządzona w dość nietypowy sposób, mianowicie podzielona została na osobne pomieszczenia usytuowane w budyneczkach typu nazwijmy to bungaloki.
Jeden z budynków restauracji.
I tu miałem przyjemność spróbowania chińskiej kuchni w naprawdę wspaniałym wydaniu. Na początek na stół wjechały świeże raki. Coś niebywałego, nie da się tego smaku porównać z niczym innym. Po rakach na stół podawane były inne potrawy, ale jak to zwykle bywa podczas posiłków trafił się faworyt. Było to żebro wieprzowe podane sposób jakiego nawet bym się nie spodziewał. Mianowicie żebro Ne było pocięte na kawałki jak to bywa w polskich daniach. Dwa żebra w całości postawione były na talerzu tworząc typowy chiński mostek nad małym strumieniem. Mięso na żebrach było pocięte na małe kawałki i ułożone jak kładki na moście. Brało się do ręki listek cykorii, nakładało się na ten listek kawałek mięsa z żebra, można było dobrać jeszcze troszkę warzyw i tak zawinięty pakunek konsumowało się z największym apetytem. Podczas tej kolacji, Ms. Liu opisała obrazowo czym jest jedzenie dla chińczyków. I tak dowiedziałem się, że po wielkim głodzie który miał miejsce w latach 50-60 bodajże, Chińczycy zupełnie zmienili podejście do tematu jedzenia. Stało się ono dla nich wręcz religią. Na szczycie wartości większości chińczyków najpierw jest jedzenie, później partia i jakieś wierzenia, a na dalszym planie wszelkie inne wartości. I wierzcie mi to jest prawdziwe określenie roli jedzenia w życiu chińczyków.
Kolacja z Joy, jej synkiem i Ms. Liu.
Generalnie jedzenie w Chinach jest raczej dobre, no i im tańsza i bardziej lokalna restauracyjka tym jedzenie było smaczniejsze. Będąc w Szanghaju, nie znając jeszcze miasta, pierwszy posiłek zjedliśmy w restauracji w jednym z supermarketów, zapłaciliśmy za dwie osoby 250 RMB i wyszliśmy głodni a jedzenie było średnie. Następnego dnia na starym mieście weszliśmy do restauracyjki w której nawet słowa nie było nigdzie po angielsku napisanego, zobaczyłem tylko rysunek pierożków. I wierzcie mi ucztowaliśmy za 20 RMB na łebka ;)
Później się okazało że w tych restauracyjkach z reguły pod ladą mają menu w języku angielskim i jak widzą białego to menu z pod kasy wędruje pod twój nos i sprawa staje się jasna. A jak menu nie ma to można wybrać po obrazkach. I takim to sposobem zjedliśmy nawet w typowo chińskim fast foodzie, gdzie zamiast hamburgerów można zjeść było np. pierożki z krewetkami czy skrzydełka z ryżem ;)